Image
Image Image

Postanowiliśmy, że któregoś dnia pokroimy się wspólnie na koncercie

Achtung Magnus!!! Nie może być chyba bardziej banalnego i zarazem adekwatnego wstępu do tego wywiadu. Kiedyś Rob Bandit krzyczał na koncertach "Achtung Magnus", a dziś ja pozwalam sobie tak właśnie zaanonsować rozmowę z liderami wrocławskiej grupy MAGNUS.

Formacji znakomitej, która jak wynika z poniższej rozmowy, nigdy nie zakończyła swojej działalności, a jedynie zawiesiła na czas bliżej nieokreślony. Czy są szanse na powrót zespołu MAGNUS na deski sal koncertowych? A może nawet na wejście zespołu do studia nagrań? O tym m.in. rozmawiałem z jedynymi w swoim rodzaju: Robem „Banditem” Szymańskim i Maciejem „Pythonem” Puto.

WOJTAS: Witaj Robert! Wiem, że w dzieciństwie otrzymałeś bardzo staranne wykształcenie muzyczne. Jak myślisz czy profesor Anna Swobodzian i profesor Krystyna Popieluch, byłyby z Ciebie dumne widząc Cię na scenie swego czasu i śpiewającego do mikrofonu "I WAS WATCHING MY DEATH"?

ROB: Witaj Wojtas! Powiem Ci szczerze, że obie Panie, o które pytasz na początku lat 80-ych wyemigrowały do USA. Tak więc nie miałyby nawet okazji na mnie popatrzeć. Zresztą, osobiście kompletnie mnie nie interesuje, to co one by sobie pomyślały.

WOJTAS: Był kiedyś w RFN i USA taki zespół POISON...Zdaje się, że Ty także zaczynałeś swą muzyczną drogę w formacji o takiej nazwie? W którym to było roku? Ponoć zachowało się z tamtych czasów jeszcze kilka utworów POISON. Czy to prawda?

ROB: Nazwę POISON wymyśliłem w 1980 roku. Byłem wtedy w 7 klasie podstawówki. Miałem dwóch kolegów w zespole. Oczywiście byłem dowódcą! Och... To bardzo ważne. Nie był to jakiś konkretny zespół. Braliśmy odtwarzacz kasetowy Grundiga, złaziliśmy do piwnicy i śpiewaliśmy jakieś piosenki rockowe. Bardziej nawet rockn`rollowe. Jednak ten zespół jako tako nie istniał.

Dopiero w I klasie liceum w 1982 roku poznałem ludzi, z którymi dokonałem pierwszych nagrań. Pamiętam "Blues na trzech gumach do żucia" - to była pierwsza nasza kompozycja. Tam poznałem gitarzystę, z którym gram do dzisiaj, bo zespół KILERSI, to jest kontynuacja zespołu POISON. Tak więc to wszystko zaczęło się w 1982 roku.

WOJTAS: Czy po rozpadzie POISON były w karierze Roba Bandita inne zespoły - nie mam na myśli MAGNUSA? Jeśli tak, to jakie?

ROB: Były takie zespoły, zaraz po POISON, który funkcjonował przez lata liceum. Najpierw gitarzysta, a później ja przeszliśmy do zespołu HARRIER. To był zespół, który nagminnie wykonywał utwory zespołów IRON MAIDEN i PRETTY MAIDS. Mieliśmy też własne utwory, które przypominały dokonania tych kapel. Osobiście mnie się to za bardzo nie podobało, no ale grali chłopaki naprawdę profesjonalnie, więc był sens zadawania się z nimi. Poza tym grali heavy metal! Tyle tylko, że nie ten heavy metal, o który mnie chodziło. Zaraz później pojawili się ludzie z MAGNUSA, którzy byli świeżo po nagraniu demo "Power Metal".

WOJTAS: Powiedz, jakich grup słuchałeś na początku swojej przygody z muzyką metalową? Dzięki komu zainteresowałeś się metalem?

ROB: Dzięki Darkowi Strączyńskiemu, nieżyjącemu już narkomanowi, który w wieku 26 lat zmarł na zawał serca na ławce, przedawkowawszy. To u niego na chacie usłyszałem po raz pierwszy zespół MOTORHEAD. To była istota!

Nieco wcześniej, w okolicach 6 klasy podstawówki usłyszałem płytę "Greatest Hits" BLACK SABBATH. Tam były wszystkie szlagiery typu "Sabbath Bloody Sabbath", "NIB", "Iron Man", "Black Sabbath". To były utwory, które totalnie zmiażdżyły mi mózg i okazało się, że o to właśnie biega w życiu! Później u kolegi narkomana usłyszałem "Ace Of Spades". "No Slip Till Hameersmith" MOTORHEAD usłyszałem zaś rok później. Darek miał świeżutką płytę. To było coś niewiarygodnego! Chodziłem do kolegów rówieśników, bo Darek był 2 lata starszy, i mówiłem, że to już nie jest hard rock! To jest heavy metal! Nowa muzyka. A gość tak śpiewa, jakby ktoś szmatę rozrywał! Jak usłyszałem Lemmy`ego, to pomyślałem - jak można być takim zwierzęciem? To było coś niesamowitego.

W moim mózgu odbyła się rewolucja obyczajowo- kulturowa. BLACK SABBATH, MOTORHEAD i równocześnie koncert "Unleashed in the East" - JUDAS PRIEST. W tym czasie kolega narkoman posiadał te płyty. Ale to był taki ekskluzywny narkoman. To nie był szmaciarz z bramy. Może się rodzić pytanie: skąd narkoman w tamtych czasach miał takie płyty? Ja osobiście nie wiem, ale nazwijmy go umownie - ekskluzywnym narkomanem. On miał właśnie JUDAS PRIEST - "Unleashed in the East" - to było coś niewiarygodnego. Energia! W ogóle same tytuły – “Genocide”, “Running Wild”, “Tyrant”, “The Ripper”, “Exciter”. 70% tytułów na tej płycie to nazwy zespołów, które później powstały. Myślę, że ta płyta była niezwykłą inspiracją dla wielu zespołów, które grały konkretny metal.

WOJTAS: Jakiego wykonawcę lub zespół, zobaczył Rob Bandit na żywo po raz pierwszy w swoim życiu?

ROB: Rodzice zabierali mnie na jakieś koncerty kiedy miałem 10 lat. I to był albo Karel Got, Jerzy Połomski i Krzysztof Krawczyk. Widziałem wszystkich, tylko nie pamiętam w jakiej kolejności. To były pierwsze gigi jakie w życiu widziałem. Z całym nagłośnienie. Pamiętam, że jak Krawczyk grał, to basy tak dudniły, że aż człowiekowi wnętrzności chodziły...

WOJTAS: Jak wspominasz Wrocław połowy lat 80-ych?

ROB: Tak, połowa lat 80-ych, to są moje lata. Myślę, że każdy okres kiedy ma się - naście lat wspomina się najlepiej. Kiedy jest się całkowicie free, free i jeszcze raz free. Rodzice dają jeść, a człowiek się kompletnie niczym nie interesuje. Liczy się tylko pasja, no i czasem chodzi się jeszcze do szkoły. Tak więc ten czas wspominam wspaniale, głównie dlatego, że panowały zupełnie inne obyczaje.

Zdobycie płyty heavy metalowej było niewiarygodne, a jak już się coś takiego posiadało i zdobyło, to był po prostu relikt. Ludzie się zbierali wokół gramofonu i wspólnie tego słuchali. Kto mógł, to sobie nagrywał. Z kupnem płyt było ciężko, bo jej cena czasem wynosiła równowartość sprzętu Hi-Fi. To były magiczne czasy.

Pamiętam kiedy MAIDEN wydał III płytę. Pamiętam kiedy JUDAS publikował "British Steel". Widziałem na własne oczy narodziny METALLIKI. Wtedy dotarła do nas informacja: coś się stało niewiarygodnego na świecie. Rok 1983. To było niezwykłe doświadczenie...Dzisiaj młodzi ludzie doświadczają całych dyskografii. Zciąga się w mp3 całą dyskografię, a cała magia i czar umyka.

WOJTAS: W jakich okolicznościach powstał MAGNUS? Kto jest ojcem tej grupy?

PYTHON: Zespół MAGNUS powstał w 1986 roku i był w pewnym sensie kontynuacją zespołu SPLOT oraz HRABIA MAGNUS. Z ówczesnego składu pozostałem tylko ja.

Ojcem zespołu, pośrednio byłem ja. Natomiast tak naprawdę, takiego właściwego charakteru nazwa MAGNUS nabrała w momencie, kiedy do zespołu przystąpił Rob Bandit w 1987 roku. On nadał ostateczny charakter tej grupie, swoim silnym, mocnym i morderczym głosem, a także swoim charakterystycznym imagem. Ważną personą był też Jaras – zajebisty, młody bębniarz o niespożytej energii. On także rozruszał maszynę o nazwie MAGNUS.

Tak więc na dobrą sprawę ojcem zespołu jestem ja, a Rob i Jaras to tacy młodsi ojcowie.

Ot i cała ojcowska trójca.

WOJTAS: Kto był autorem nazwy zespołu MAGNUS? Co ona miała oznaczać? A kto jest autorem logówki zespołu?

PYTHON: Nazwa zespołu sięga swymi korzeniami 1986 roku. Na początku zespół nazywał się HRABIA MAGNUS. Ja byłem autorem nazwy grupy. Po przeczytaniu pewnej powieści, w której występował właśnie Hrabia Magnus zaproponowałem taką nazwę, i ona została zaakceptowna.

Hrabia Magnus uważany był za człowieka upiornego, bestialskiego, który zajmował się okultyzmem i czarna magią. Był postacią sadystyczną. Często wpadał w obłęd oraz mordercze obsesje. Siał postrach wśród okolicznej ludności. I generalnie stąd wzięła się taka, a nie inna nazwa zespołu. Autorem logo zespołu był tymczasem Tom, który prowadził nasz Fan Club. Wspaniały człowiek, którego pozdrawiam w tym momencie.

WOJTAS: Zpiewasz już wiele lat. Kto był dla Ciebie inspiracją, gdy zaczynałeś męczyć struny głosowe? Nadal lubisz klimaty, które kiedyś były Ci bliskie czyli JUDAS PRIES, SARCOFAGO czy SLAYER?

ROB: Inspiracją od samego początku był Rob Halford z JUDAS PRIEST. To była podstawa. Fajny, konkretnie położony wysoki voice! To mi się bardzo podobało.

Muszę niestety stwierdzić, że przesłuchałem się JUDAS PRIEST. Myślę, że koncert "Unleashed..." przesłuchałem z 1000 razy. Po prostu ja już teraz najzwyczajniej w świecie nie mogę. Włączam po 5 latach jakąś płytę JUDASA i mam wrażenie, że ją słyszałem dzisiaj rano. Wszystko znam na pamięć.

SARCOFAGO zawsze lubiłem za swoją surowość, za swoją powstańczość, za taką mega - naturalność i za to też, że byli z drugiego końca świata. Za to ich szanuje nadal. Natomiast na dzień dzisiejszy, jak dla mnie, nie przetrwali próby czasu. Wiadomo - człowiek poszukuje ciągle nowych inspiracji.

Natomiast SLAYER to jest zespół , który bezustannie mnie rajcuje. Konkretny wypierd i to mi dokładnie chodzi. To jest bardzo miła i przyjemna muzyka, której jestem w stanie słuchać na co dzień i bezustannie!

WOJTAS: Dbasz w ogóle o struny głosowe? Nie jarasz szlugów i nie pijesz drinów czy może wzorem starego, poczciwego Lemmy`ego – dajesz w palnik bez skrupułów?

ROB: Nie. Aczkolwiek nie szarżuję. To nie jest tak, że mówię - „nie” i mam w dupie. To nieprawda. Staram się. np.: jak jest niska temperatura i wieje to zakładam szalik. Staram się palić słabsze fajki np. z filtrem czy coś takiego i nie pije piwa na mrozie. Kiedy wiemy, że jest zestaw koncertów do zagrania, to miesiąc wcześniej nie piję twardych alkoholi typu 40%. I to jest moje dbanie o głos. Przechodzę na wina, ewentualnie piwo, bo to nie niszczy mnie tak bardzo. Natomiast alkohol twardy, to owszem można to robić jak się ma 20 lat i się szybko regeneruje organizm. Natomiast dzisiaj kiedy mam 21 lat (hi, hłe) i jestem rok starszy, to nie jest dobrze. Dlatego daje w palnik bez skrupułów wtedy, kiedy niczego nie wgrywam i nie koncertuje. Wyzerowanie liczników (alkohol) jest dla mnie bardzo istotne dla utrzymania równowagi!

Powiem Wam, że kiedyś byłem na koncercie Lemmy`ego w Zabrzu. Najpierw grał KAT, a potem MOTORHEAD. Oczywiście udałem się do Lemmy`ego. Niewiele wcześniej wydaliśmy płytę "Alcoholic Suicide", gdzie była piosenka poświęcona Lemmy`emu, więc poszedłem na spotkanie z nim, wręczyłem mu tę kasetę i złożyłem szacunek. Gość faktycznie po koncercie najzwyczajniej w świecie miał drina - nie wiem, co tam miał zmieszane z coca colą, ale miał mnóstwo lodu w środku! To było dla mnie coś niewiarygodnego! Przecież wszelkie prawa medyczne mówią , że struny głosowe podczas rozgrzania są bardzo miękkie i w momencie kiedy pijesz coś zimnego albo wychodzisz na zimne powietrze one się obkurczają maksymalnie powodując zapalenie. Można pozrywać sobie struny głosowe. To co zobaczyłem było dla mnie czymś niewyobrażalnym.

Image

WOJTAS: MAGNUS był pierwszym w Polsce zespołem, który podkreślił muzykę kontrowersyjnym, niespotykanym wcześniej image jakim były czarne uniformy naszpikowane kolcami. Gdzie je kupowaliście w tamtych czasach?

ROB: Mieliśmy kolegów, którzy byli technicznymi, a wśród nich Tom’a, który prowadził później nasz Fan Club. Polegało to na tym, że się maszerowało do sklepu, gdzie sprzedawali materiały metalowe i gwoździe - mniejsze, większe i średnie. Następnie tato, któregoś z kolegów, pochromował żelaztwo w zakładzie pracy za flaszkę. Później robiło się projekt z tekturki - jak powinna wyglądać taka pieszczocha i maszerowało się do znajomego kaletnika. On pytał mnie bezustannie czy pracuję w cyrku - taki starszy dziadek, to było fajne. Później gwoździe nabijało się w skórę, a potem wracaliśmy do pana kaletnika, który to podszywał, aby to wszystko trzymało się kupy. I tak to wyglądało.

Niektóre elementy przywieźliśmy z koncertów, które graliśmy we Francji, w Belgii. Pamiętam, że w Brukseli kupiłem pas z nabojami, którego później używałem. We Francji, któryś z pasów kupiłem na jakimś pchlim targu, ktoś to sprzedawał. Takie to były historie.

WOJTAS: Z czego wynikała zmiana Waszej stylistyki czyli przejście od Speed Power Metalu do Trash Speed Blood?

PYTHON: Zmiana stylistyki wiąże się głównie z tym, że chcieliśmy przy pomocy muzyki dosadniej wyrażać swój stosunek do tego wszystkiego, co się działo na świecie. Czyli tego całego gówna: bezsensownych wojen i bestialskich mordów. Aby to wyrazić, potrzebna była agresywna muza, z którą byśmy się dobrze czuli. I tak było. W tym momencie muszę powiedzieć , że Jaras i Rob Bandit przyczynili się do tego , że muzyka MAGNUS nabrała takiego charakteru - ostrego i mocnego. To też zasługa ich osobowości, ich energii oraz determinacji.

ROB: Myślę, że spotkała się piątka ludzi, wcześniej było ich czworo. Pojawiłem się ja i zaraz po mnie przyszedł Jaras. Wówczas odniosłem wrażenie, że chłopaki na to czekali, że brakowało im dwóch ogniw. Okazało się, że doskonale się rozumiemy i wszystkim chodzi dokładnie o to samo.

WOJTAS: W 1988 roku graliście koncerty we Francji. Jak Wam się tam grało? Ciężko chyba było wyjechać wówczas z Polski? A może macie dziś jakieś teczki w archiwum IPN? Jak myślisz?

ROB: Grało się fantastycznie. W tamtych czasach to było coś niesamowitego wyjechać sobie za granicę i zagrać. To były małe sale. Tak jak dzisiaj gra się, powiedzmy dla 100 osób w jakichś podziemnych klubach. Ale było to duże przeżycie. Zaczynamy karierę... i wyjeżdżamy do Francji grać koncerty.

Nie mam teczki w IPN. Przypominam sobie taką sytuacje. Byliśmy na spotkaniu organizowanym przez francuski dziennik "Wczoraj, dzisiaj , jutro". Dziennikarze przeprowadzali z nami wywiady i zacząłem prosto z mostu mówić, że komuna to jest frajerski system i że nie można tu nic zdziałać. Że jest mnóstwo problemów itp., po czym nasz menager dowiedział się o tym i zainterweniował. Poprosił, żeby to ocenzurować, bo zaistniała obawa, że jacyś konfidenci ze służb specjalnych mogli to zmonitorować i mogły być z tego problemy. Pamiętam, że na paszport czekało się długo i każdy wypytywał: po co, dlaczego? itp.

WOJTAS: A propos IPN, lustracji, deubekizacji itp. Czy lubisz kreatorów IV RP czyli braci Kaczyńskich?

ROB: Nie interesuje się polityką. W dupie ją mam.

WOJTAS: Wiesz co słychać u kolegów z MAGNUSA ze starych czasów? Co porabia AD 2007 Bękart, Edi czy Raku?

ROB: Bękart jest freakiem. Całe życie był freakolem. Po prostu robił to co chciał. Chodzi sobie po ulicach i kopie puszki. Olewa wszystko. Edi z tego co wiem prowadzi ze dwa albo trzy projekty, takie amatorskie. Wiem, że Edi pogrywa też na basie i saxofonie. A Raku, po prostu żyje, pracuje. Od czasu do czasu spotyka się z Pythonem i relaksacyjnie pogrywają sobie stare numery.

WOJTAS: Management'em zespołu MAGNUS zajmował się Krzysztof Brankowski. Jak się poznaliście ? Macie ze sobą do dziś kontakt?

ROB. Tak. Z Krzyśkiem mam kontakt bezustanny. Co miesiąc lub co dwa Krzychu przyjeżdża do mnie na chatę, ponieważ to jest taki Krzyś wędrowniczek, który bezustannie się przemieszcza. Na własnej chacie jest raz w tygodniu. Kiedy pojawia się u mnie, pokazuje mi jakieś nowości, bo dalej ma kontakt ze światem metalowym i przywozi nowości muzyczne.

Poznaliśmy się wówczas kiedy on był menagerem zespołu OPEN FIRE. My wtedy potrzebowaliśmy menagera i uznaliśmy, że Krzychu to jest ciekawa postać. Pracował wówczas w radio. Prowadził Listę Przebojów Metal Top 20. Poprosiliśmy o numer telefonu Krzyśka naszych kolegów z zespołu OPEN FIRE i postanowiliśmy zaprosić go na próbę. Przygotowaliśmy sprzęt i repertuar. Krzysztof przybył, a my wykonaliśmy parę utworów. Krzyś mocno się zdziwił tym, co usłyszał. Zagraliśmy m.in. „Leprosy”. Stwierdził, że warto w to wejść i bliżej się temu przyjrzeć. Od tego czasu współpracujemy bezustannie.

WOJTAS: Dosyć często grywaliście na początku lat 90-ych w Moskwie. Były koncerty na mitycznych Łużnikach i w Parku Gorkiego? Jak Wam się tam grało? Dużo polało się gołdy?

ROB: Tak. W Moskwie byliśmy trzy razy i za każdym razem graliśmy tam po kilka koncertów. Grało się bardzo dobrze, kiedy całe lodowicho było zapełnione ludźmi. Wtedy dla nich przyjazd zespołu z „kapitalijczeskiej Polszy”, to było potężne wydarzenie. Ci ludzie wiwatowali od pierwszego do ostatniego dźwięku. Oni byli głodni tego rodzaju muzyki.

WOJTAS: Chyba poznaliście na tych moskiewskich koncertach asów z KOROZJA METALA, bo swego czasu widywałem Cię w ich koszulce? Było bratanie się przy "Russian Vodka"?

ROB: Oczywiście. Bezustannie. Tam było bezustanne bratanie się przy Russian Vodka.

WOJTAS: A jak wspominasz trasę z SAMAEL i NAPALM DEATH?

ROB: To była mini-trasa. Graliśmy w Koszalinie i Wrocławiu. Grało nam się wspaniale, natomiast Jaras zaprzyjaźnił się z gitarzystą NAPALM DEATH i łazili gdzieś po knajpach nocami. Pamiętam, że Jaras pokazywał koledze z Ameryki jak się kiepuje fajki na czole. Chłopaki się mocno zaprzyjaźnili. Natomiast Barney z Tom’em, który prowadził nasz Fan Club nadal korespondują i wysyłają sobie informacje, co robią i komu np. wyrósł pryszcz na plecach. Oni też bardzo się wtedy zaprzyjaźnili. Dla mnie każdy koncert – mały czy duży, to zawsze było wydarzenie. Nigdy do tego nie podchodziliśmy na zasadzie, że trzeba zagrać. Graliśmy tak, jakby to miał być ostatni nasz koncert w życiu.

WOJTAS: Z kim MAGNUS lubił sobie walnąć kielicha jeśli chodzi o polską branżę? Na tak postawione przeze mnie pytanie Rafał Żelichowski z KREON odpowiedział - "najlepsze w te klocki był MAGNUS", podobnego zdania był Tom Skaya z QUO VADIS. I co Ty na to?

ROB: Mieliśmy wielu przyjaciół. KREON to nasi bracia zza miedzy – mamy nadal kontakt. Skaya z QUO VADIS? Tak...oczywiście. Chyba w 1988 roku w Jarocinie startowaliśmy w konkursie. Położyli nas w jednej sali lekcyjnej i tam właśnie w jednej sali znaleźliśmy się z zespołem QUO VADIS. Tam w pewnym momencie żarty się skończyły. To, że trzeba było zagrać w danym dniu i zaciekawić ludzi zeszło na czwarty plan. Najważniejszy plan, to było zdobycie alkoholu, bo w Jarocinie była prohibicja. Więc jeździliśmy pociągami po obrzeżach Jarocina w poszukiwaniu alkoholu, aby go później skonsumować. Było wiele tych znajomych zespołów jak NUCTEMERON czy LEVIATHAN. A że waliło się z nimi kielicha, to oczywiste.

WOJTAS: Rozpad kapeli w 1997 r. poprzedziło ALCOHOLIC SUICIDE TOUR. Dlaczego doszło do rozpadu MAGNUSA?

ROB: Nie byliśmy w stanie zrobić kolejnego utworu, który by nas zadowalał. Robiliśmy jeden czy drugi utwór i okazywało się, że te kawałki nie są ciekawe. Nie satysfakcjonują nas. Zawsze graliśmy muzykę, która nas interesowała. To o co pytasz to nawet nie był rozpad kapeli...Okazało się, że nie jesteśmy w stanie nic stworzyć. Czekaliśmy na odpowiedni moment, kiedy wytworzy się w nas pewien głód współistnienia w tym zestawie pięcioosobowym. Okazało się, że ten czas wydłużył się na okres 15 lat. Z naszego punktu widzenia jest to naturalne zawieszenie działalności, ale nie rozpad. Trudno mi powiedzieć czy to się jeszcze odrodzi. Natomiast nikt nigdy nie powiedział słowa koniec.

WOJTAS: Czy to prawda, że były spore szanse na Wasz powrót w 2005 roku? Czy reunion MAGNUS jest cały czas możliwe?

ROB: To jest absolutna prawda. Od kilku lat, Python, Jaras i ja jesteśmy w takim kontakcie pt. „Może by coś zrobić”. I mniej więcej co roku od 2003 spotykamy się i próbujemy puknąć. To jest takie badanie się. Czasem okazuje się, że bardzo fajnie spędziliśmy czas, ale to jeszcze nie pora. W okolicach 2005 nastąpiło takie puknięcie – bęc. Python przyniósł jakieś riffy i okazało się, że to może mieć dla nas jakiś sens. Ja myślę, że w tej chwili w 2007 roku są największe szanse, aby coś się wydarzyło, bo rozpoczęliśmy systematyczne spotkania i powstają utwory. Sam fakt tworzenia sprawia nam przyjemność. Jesteśmy zespoleni i znowu idziemy w jednym kierunku. Dopóty tak będzie, dopóty będziemy się spotykać. Jeśli okaże się, że to co utworzymy okaże się na tyle ciekawe, że chcielibyśmy to zrealizować, to myślę, że tak się stanie. Ale spokojnie, spokojnie...

WOJTAS: Słyszałem , że amerykańska Reaper Metal Rec. planuje wydać jeden z Waszych materiałów? Czy to prawda?

ROB: To prawda. Lada moment ma być opublikowany „Scarlet Slaughterer”, a później następne płyty.

WOJTAS: Ja dodam, że wytwórnia o której mowa należy do basisty amerykańskiego NUN SLAUGHTER!

Rob! Do jakich nagrań MAGNUSA wracasz najchętniej?

ROB: Mam swoje ulubione nagrania. Np. „Psychoses”. Dla mnie jest genialny – bardzo go lubię. ”The Dictator”, “Like Jesus Or Hitler”, “Possessed By Shit”, “Rabies”. To tak w skrócie.

WOJTAS: Nie myślicie czasem o wydaniu DVD? Macie na karku sporo lat grania i zapewne dużo smakołyków kolekcjonerskich zarejestrowanych na kasetach VHS?

ROB: Nie myślimy o niczym takim. Mamy zarejestrowanych parę fajnych rzeczy. Nie wiem czy to byłoby z kolekcjonerskiego punktu widzenia ciekawe, ale mamy. Są to jakieś strzępki, urywki , najczęściej z makabryczną jakością dźwięku. Ale planów publikacji tego nie ma.

WOJTAS: Jak byś określił polskiego metalowca z lat 80-ych? Znałeś wielu kozaków z tamtych lat, a dziś pewnie spotykasz tych młodszych wiec jakąś skalę porównawczą masz, prawda?

ROB: Metalowiec z lat 80-ych był człowiekiem mocniej zdeklarowanym. Miał niepodważalną wiarę, był bezwzględny w swych przekonaniach. Potrafił walczyć o swoje racje i zdrada była dla niego czymś okropnym. To była postawa niezwykle mocna ideologicznie, wręcz maniakalna.

Nie wiem, nie znam zbyt wielu współczesnych metalowców, ale wydaje mi się, że oni raczej lubią słuchać takiej muzyki, natomiast nie odnoszę wrażenia, że mogliby wszystko poświecić dla tej muzyki. Kiedyś ludzie byli gotowi do poświęceń. Poświecenia czegokolwiek – kariery, pracy czy szkoły - dla metalu. Nie mówię tylko o wykonawcach, ale i o słuchaczach, bo takie były relacje w naszych czasach. Był np. jakiś koncert i to było święto absolutne. Nie było takiej opcji, że ktoś groził, że cię zwolni ze szkoły, wyrzuci z pracy i nie będziesz miał co jeść, jeśli nie przyjdziesz danego dnia. Po prostu się jechało, a konsekwencje były nieistotne.

WOJTAS: Krojenia na koncertach, zadymy, pałujący gliniarze… Byłeś świadkiem takich akcji? Pamiętasz jakąś szczególna zadymę?

ROB: Nie bardzo rozumiem co to jest krojenie? Czy ja miałem kogoś pokroić? Otóż swego czasu taka myśl czy idea panowała w naszym zespole. Byliśmy tak oddani w wierze, że postanowiliśmy, że któregoś dnia pokroimy się wspólnie na koncercie, że będziemy się samookaleczać w imię metalu. Ja byłem święcie przekonany, że mogę to zrobić.

Natomiast pałujących gliniarzy, to pamiętam rzeczywiście. Zwłaszcza przed salą, gdzie odbywał się koncert. Tam dochodziło do rozruchów. Podczas koncertu to było tak, że był sobie młyn i nagle – ciach, nie ma nikogo pod sceną. To wszystko kręciło się jak tornado – trąba powietrzna. Potem ponownie pojawiali się ludzie przed sceną. Graliśmy kiedyś z KREON, występowało też parę innych zespołów. Cała sala była napchana metalowcami i nagle weszło chyba z 10 skinheadów i goście najzwyczajniej w świecie zaczęli młócić wszystkich dookoła. Pamiętam, że też otrzymałem jakiegoś strzała. Były jakieś próby oporu, ale ci goście wpadli nagle – zrobili siwy dym i zniknęli. Zadziwiające...

WOJTAS: Czy grałeś gdzieś po rozpadzie MAGNUS? Czy od razu trafiłeś do KILERSÓW?

ROB: Nie trafiłem do KILERSÓW, bo oni istnieli cały czas jeszcze przed MAGNUSEM. Wówczas jeszcze jako POISON. Pierwsze koncerty KILERSÓW nastąpiły gdzieś w 1998 r. Pod koniec działalności zespołu MAGNUS zaangażowałem się w taki projekt MISTRZ ALLEGRO – wykonywaliśmy jakieś dojrzałe 10-cio minutowe utwory, w stylu KING CRIMSON. Zpiewaliśmy głównie o śmierci i poszukiwaniu samego siebie w rzeczywistości. To taki kontemplacyjny zespół. Mieliśmy nawet pełnowymiarowy materiał i znalazł się wydawca , który zapłacił za nagrania. Materiał nie ujrzał jednak światła dziennego z powodów, których do dziś nie znam.

Dodam, że ja bezustannie muzykuję. To jest dla mnie istota i sens.

WOJTAS: Wiele lat temu na lamach „Na Przełaj” marzyło Wam się nakręcić z Sabriną w wodzie teledysk do "Achtung Magnus". I co, udało się? A dziś z kim chcielibyście nakręcić clip? Z Britney Spears, a moze z Paris Hilton - ona juz ma przecież doświadczenie w kręceniu filmów np. One Night In Paris...

ROB: To jakaś historia sprzed wielu lat. Myślę, że to jest sprawka Krzyśka Brankowskiego, który udzielał wywiadu za nas albo dopisał coś od siebie. Ja nie przypominam sobie żeby ktokolwiek z nas coś takiego powiedział. Myślę, że Krzychu sobie na taki dowcip pozwolił...

Ostatnio widziałem okładkę „Cosmopolitan” i nagle mówię: ale piękna dziewczyna, kto to może być? Czytam – Paris Hilton...I tak sobie myślę: może to reklama jakichś perfum albo ksywa? Hm... W każdym razie po jednym kontakcie wzrokowym zapadła mi ta twarz w pamięci. Piękna dziewczyna.

WOJTAS: Czas kończyć tę miłą rozmowę. BIG SPASIBA - jak to mawiał jeden z moich ulubionych polskich wokalistów, Panowie za wywiad!!! Coś na koniec?

ROB: No Wojtas, tutaj Cię mam, bo BIG SPASIBA to nasze powiedzenie, które rzeczywiście mocno funkcjonowało na początku lat 90-ych. Myślę, że historia MAGNUS jeszcze się nie zakończyła. Jeżeli istnieją jakiekolwiek szanse, aby zespół się pojawił na scenie, to teraz one są największe z wyobrażalnych. Wydaje mi się to bardzo realne. Mentalnie jestem też na to przygotowany i widzę, że chłopaki również. Myślę, że jest to możliwie, ale nie wiem kiedy. Chciałem pozdrowić Ciebie Wojtas i wszystkich ludzi, którzy będą czytali słowa , które teraz mówię. Chciałbym przy okazji pozdrowić wszystkich ludzi na całym świecie. BIG SPASIBA!

--------BACK TO HELL----------